Jakiś czas temu dostałem priadomość mailową z pytaniem, czy chciałbym pojechać do Finlandii na testy nowego modelu opon Nokian Tyres. Na początku myślałem, że ktoś robi sobie żarty. Szczególnie, że mail został wysłany z Pragi. I to nie z tej po wschodniej stronie Wisły ale z czeskiej. Jednak po chwili researchu okazało się, że to właśnie Czesi odpowiadają za komunikację i PR marki Nokian na Europę Centralną. Więc, odpowiedź mogła być tylko jedna „Hold my beer! I’m going!”. I tak zaczęła się moja fińska przygoda w krainie reniferów.
Dzień 1. / the trip
Samolot do Helsinek miałem zaplanowany na godzinę 13.05. Później półtorej godziny w samolocie, 40 minut czekania i drugi lot, z Helsinek do Ivalo. Wszystko poukładane idealnie. Mogłem się wyspać i nie musiałem koczować na lotnisku. Odprawa, wszystko sprawnie i miło, aż… pojawił się komunikat: „z uwagi na słabe warunki pogodowe w Helsinkach, lot zostanie opóźniony o 30 minut”. Wspaniale. Jednak przydałaby się dłuższa przerwa między samolotami. No ale trudno. Z 40 minut zrobiło się 10. Na styk ale powinno się udać. Przejście do bramki, wygodne miejsce przy oknie Embraera i kolejna informacja, tym razem od stewardesy. Kolejne 30 minut opóźnienia. Why always me?! Wysłałem SMS do organizatorów, że mam opóźnienie i co robimy? Niestety bez odpowiedzi. Oni również byli w drodze.
Oczekiwanie i wreszcie ruszyliśmy. Start 14.15. Czas lotu 1 godzina i 30 minut. Przesunięcie strefy czasowej +1h, czyli realnie wyleciałem z Warszawy, kiedy w Finlandii była godzina 15.15. Wszyscy mieli spotkać się o 16.00 przy bramce na lotnisku w Helsinkach, bo wylot do Ivalo planowany był na godzinę 16.20. Bez szans.
16.45 lądowanie w stolicy Finlandii. Faktycznie warunki pogodowe tragiczne. Niesamowita mgła. Odpaliłem telefon. Jest odpowiedź: „Polecisz następnym lotem o 16.50”. Kurcze… 5 minut. Ludzie zbierajcie się szybciej… Wreszcie wyszedłem z samolotu i omijając jak tyczki tabuny Azjatów ruszyłem biegiem przez pół lotniska do wyjścia nr 12. Wpadłem na metę niczym Usein Bolt i… zwycięstwo. Na szczęście zdążyłem.
Sam lot z Helsinek do Ivalo był również ciekawy, bo odbywał się z międzylądowaniem. Najpierw po godzinie spędzonej w powietrzu wylądowaliśmy w miejscowości Kittila. Część pasażerów wyszła. Nowi weszli na pokład. Kolejny start, 20 minut lotu i lądowanie w Ivalo. Taki trochę samolotowy ZTM. Co ciekawe na lokalnej trasie lata większy samolot niż na połączeniu Warszawa-Helsinki. Tym razem byłem na pokładzie Airbus’a A321. Po wyjściu z terminala okazało się, że nie tylko ja miałem opóźnienie. Było nas w sumie pięciu i czekała na nas Pani taxi driver w Mercedesie E klasa W211 w wersji limo. Na szafie pokazał się przebieg 605000 km, ot taka mała ciekawostka.
21.00 dotarliśmy do hotelu. Zameldowanie. Odbiór rzeczy. Zacna kolacja. Nalewka z żurawiny i koniec wrażeń.
Dzień 2. / testing
Poranek zaczęliśmy klasycznie od śniadania, po którym udaliśmy się do sali konferencyjnej na prezentacje nowego modelu opon Nokian WR SUV4. Poza informacjami o nowej oponie poznaliśmy również historii marki (firma wyprodukowała pierwszą zimową oponę na świecie Kelirengas już w 1934 roku, jeszcze jako Nokia – tak, taka sama nazwa jak producenta telefonów. Obie firmy pochodzą z tego samego miasta, które jak łatwo się domyślić nazywa się właśnie Nokia) i inne rodzaje opon zimowych produkowanych przez firmę np. ekstremalnej Hakkapeliitta R3 czy opon z dwoma rodzajami kolców Hakkapeliitta 9.
Po wykładzie ruszyliśmy w drogę na to, na co wszyscy czekali, czyli drajwing! Pół godziny w autokarze i dotarliśmy do White Hell – ogromnego (700 hektarów i 30 torów) kompleksu testowego Nokiana. Testy opon prowadzone są w tym miejscu przez 180 dni w roku, bo w Laponii zazwyczaj przez około 200 dni panują ujemne temperatury. Co ciekawe po każdym sezonie letnim pracownicy Nokiana muszą odbudować tory. Robią to na podstawie danych z GPSu, więc każdego roku są w stanie przygotować identyczną infrastrukturę. W trakcie testów kierowcy pokonują ponad 40000 kilometrów w obrębie White Hell.
Podczas całego wyjazdu (no może poza lądowaniem w Helsinkach) pogoda była fantastyczna. Mróz w okolicach -10C, który dzięki słońcu i niebieskiemu niebu nie był zupełnie odczuwalny. Ponieważ mieliśmy zaplanowane cztery rodzaje testów, zostaliśmy podzieleni na cztery grupy. Ja trafiłem do grupy czwartej, która zaczynała od sprawdzenia trzech rodzajów opon: zwykłych zimowych, ekstremalnych zimowych i zimowych z kolcami. Opony testowaliśmy na podłożach o różnej przyczepności: gładki lód, chropowaty lód i śnieg. Zdania to klasyczny slalom, hamowanie i długa prosta, czyli tak zwany freestyle. Żeby testy były obiektywne dostaliśmy trzy identyczne poliftowe VW Golfy Mk7 z silnikiem 1.5TSI 150hp i manualna skrzynia. No i w drogę.
Na pierwszy ogień trafiłem za kierownice samochodu wyposażonego w opony z kolcami, czyli Hakkapeliitta 9. Musze przyznać, że pierwszy raz jechałem samochodem z oponami posiadającymi kolce (w Polsce zabronione), dlatego nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Domyślałem się, że przyczepność powinna być świetna i tak było. Na każdym rodzaju nawierzchni samochód spisywał się genialnie. Oczywiście na gładkim lodzie najłatwiej wpadał w poślizg ale gdy się nie przesadzało z wciskaniem pedału gazu to jechał jak po sznurku.
Kolejną oponą była WR D4 klasyfikowana jako typowa opona zimowa na rynek europejski – kontynentalny, gdzie pogoda zmienia się często a warunki zimowe nie są ekstremalne. No i tu się zaczęła wesoła jazda. Każde mocniejsze dodanie gazu na lodzie powodowało obrót samochodu o 360 stopni. Trzeba było delikatnie operować mocą, żeby pokonać slalom. Dużo lepiej opona radziła sobie na śniegu, gdzie auto prowadziło się bardzo pewnie i mimo FWD całkiem miło zarzucało się tyłem.
Ostatnią oponą była Hakkapeliitta R3, czyli opona na trudne warunki zimowe, np. Skandynawia czy góry. Podobnie jak druga opona (bez kolców), nie radziła sobie na gładkim lodzie. Lepiej było na lodzie chropowatym i śniegu, gdzie prowadzenie było bardzo precyzyjne i nawet przy większych prędkościach 80-100 km/h czułem się bardzo pewnie za kierownicą, a pamiętajcie, że jeździłem w całkiem ciężkich warunkach samochodem z przednim napędem.
Na zakończenie tej części testów dostaliśmy kluczki do Forda Renegade pod banderą Arctic Trucks wyposażonego w specjalne opony z kolcami Hakkapeliitta LT2, którym mogliśmy poszaleć po głębokim śniegu. Zabawa genialna. Ale szkoda, że nie wpadłem tam rok wcześniej bo podobno do dyspozycji był Ford Raptor, a jazda nim to jedno z moich marzeń do ogarnięcia.
Następnie zapakowaliśmy się do samochodów i przejechaliśmy na tor, gdzie wysłuchaliśmy kolejnego wykładu, tym razem o sposobach testowania opon i infrastrukturze White Hell. Po zakończeniu pogadanki miała rozpocząć się najbardziej spektakularna część dnia, czyli szaleństwa za kierownicą Audi RS4 na lodowym torze. Dostępne były samochody w wersji sedan (B7) i jeden czerwony Avant (B8). Samochody w manualu lub ze skrzynią automatyczną. Ja trafiłem chyba najlepiej bo za kierownicę RS4ki w sedanie z manualną skrzynia biegów. Dla przypomnienia pod maską 4.2 V8 o mocy 420 koni z napędem quattro. Przyspieszenie do setki w 4.7s.
Na początku trzy okrążenia na fotelu pasażera. Za kierownicą na moje oko 45 letni instruktor, który latał bokiem po całym torze z rozmachem podobnym do tego, gdy chłopcy z miasta wpadali do śródmiejskich lokali w latach 90-tych. Totalny rozpierdziel. Poźniej zmiana i zasiadłem za kierownicą RS4ki. No i zaczęliśmy naukę śniegowego driftu na oponach z kolcami. Z okrążenia na okrążenie jechałem coraz odważniej i nawet udawało mi się wprowadzać samochód w kontrolowany poślizg. Zrobiłem ok 15 kółek. Zaliczyłem jedną zaspę. Więc było całkiem nieźle. Tylko szkoda, że nie mieliśmy więcej minut na poznanie samochodu, bo chętnie odpuściłbym zabawy w Golfach i zamienił ten czas na latanie bokiem w RS4kach.
Szczerze powiem, że jazda z kolcami po lodowym torze to dość ciekawe doświadczenie. Z jednej strony opony mają wystające metalowe elementy, które gwarantują jako taką trakcję, ale z drugiej strony składają się z „gumowej” mieszanki, która przy kontakcie z lodem łatwo traci przyczepność. Takie połączenie oznacza, że bardzo łatwo można wprowadzić samochód w poślizg, jednak mimo, że nie jestem specjalistą od driftu to mam wrażenie, że w przeciwieństwie do poślizgów na asfalcie utrzymanie odpowiedniej lini na lodzie jest nie lada sztuką. Trzeba bardzo umiejętnie operować pedałami i kierownicą, bo granica kiedy panowanie nad samochodem przejmie bezwładność auta jest bardzo cienka. Dlatego wykonanie długich, kontrolowanych poślizgów z zachowaniem precyzyjnej linii przejazdu wymaga wielu treningów. Dzięki nim można nauczyć się wyczuwania granicy możliwości poślizgu bez jej przekraczania.
Szybki lunch, w misce Lohikeitto – tradycyjna lapońska zupa z łososiem i ziemniakami i druga tura testów. Podobnie jak w poprzedniej części zabawa została podzielona na dwa etapy, ale tym razem wyjechaliśmy na drogi publiczne. Przed wyjazdem dostaliśmy instrukcję, żeby nie przekraczać ograniczeń prędkości, a w przypadku kontroli policji nie oferować łapówek bo… podczas wizyty grupy z Rosji taka „aktywność” skończyła się niemiło. Druga wskazówka była całkowicie oczywista, ale do pierwszej trudno było się zastosować, szczególnie podczas pierwszej rundy, bo do jazdy otrzymaliśmy cały zastęp 450 konnych Audi RS5 w wersji Coupe (0-100 4.5s). Nie były to najnowsze erespiątki ale i tak całkiem grubo.
Za kierownicą RS5 zrobiliśmy kilkadziesiąt kilometrów a następnie przesiedliśmy się do SUVów wyposażonych w oponę, która była odpowiedzialna za całe to zamieszanie, czyli WR SUV4. Do dyspozycji były VW Touareg, BMW X5 i Audi Q5 nowej generacji. Peleton prowadziło Audi SQ5 pierwszej generacji, czyli tej fajnej, w której widoczne były końcówki wydechu. Jako, że mam szczęście do czterech pierścieni to mi do testowania przypadło nowe białe Audi Q5 z silnikiem diesla.
Żeby przetestować opony dedykowane do SUVów jazdy były podzielone na dwie części. Pierwszą było przemieszczanie się po asfaltowych i lekko ośnieżonych drogach, gdzie opony spisywały się bardzo dobrze. Dodatkowo opony były dość ciche, szczególnie jak na zimówki, więc takie jak lubię. Prawdziwe walory tej opony można było poczuć w drugiej części testu, po zjechaniu z dróg asfaltowych. WR SUV4 dzięki technologii Climate Grip Concept dobrze dopasowywały się do zmian warunków drogowych (asfalt, błoto pośniegowe, puch) a dzięki wypustkom Snow Claw świetnie wgryzały się w śnieg. Dzięki obu systemom samochód prowadził się bardzo pewnie.
Po kilku kilometrach wróciliśmy do White Hell, gdzie mogliśmy zrobić rundę na kolejnym torze. Podczas przejazdu, gdzie w niektórych zakrętach pojawiał się odkryty gładki lód opony radziły sobie nieco gorzej i samochód łatwo wpadał w poślizg. Jednak nie oszukujmy się, żadne opony bez kolców nie mają szans z lodem.
Zjechaliśmy z toru i ruszyliśmy do bazy. Po drodze mijaliśmy kolejne budynki kompleksu testowego, w tym 700m hale testową, gdzie w precyzyjnych warunkach sprawdzane jest hamowanie itd. Przy jednym z budynków stał Mercedes-AMG GT, pewnie wykorzystywany do testowania najszerszych wersji opon. Przy innym nowy Golf GTI z podłączoną jakąś kosmiczną aparaturą. W bazie spotkaliśmy się z innymi grupami. Wróciły RS4’ki, RS5’ki i pojawiły się Golfiki. Pełni pozytywnych emocji zapakowaliśmy się do autokaru i ruszyliśmy do fińskich saun na chillout a następnie na kolację.
Dzień zakończył się pięknym widokiem zorzy polarnej rozcierającej się na ciemnym gwieździstym niebie. Niesamowity i niezapomniany kolor nieba.
Autokar. Hotel. Naleweczki. Spanie.
Dzień 3. / go home
Ostatni dzień tego intensywnego wypadu za koło podbiegunowe nie był niestety związany z samochodami. Po śniadaniu i wymeldowaniu się z hotelu ubraliśmy się w ciepłe kombinezony i przy temperaturze -12C ruszyliśmy na wizytę u osób specjalizujących się w szkoleniu psów husky i wyścigach psich zaprzęgów. Nie jestem fanem takich atrakcji. Uważam, że zwierzęta to nie zabawki i nie powinnny służyć do zapewniania atrakcji ludziom, tym bardziej, że uwielbiam rasę husky ale chciałem zobaczyć jak w rzeczywistości wygląda ten „sport”.
Po wizycie u psiaków udaliśmy się na lotnisko, gdzie po zjedzeniu zupki z renifera i 30 minutowym opóźnieniu lotu (jakby mogło być inaczej…) ruszyliśmy do Helsinek. Tam pożegnaliśmy się z nowymi znajomymi (Francuzami, Włochami, Rumunami, Czechami, Niemcami) i każdy udał się na swój lot powrotny. Na szczęście mieliśmy prawie dwie godziny czasu między samolotami, więc krótkie opóźnienie nie sprawiło większego problemu. Do stolicy wylecieliśmy zgodnie z planem. O 18.05 byłem na miejscu.
Fin.
Event Nokian Tyres, to pierwszy zagraniczny moto wypad w którym mogłem wziąć udział. Odbył się w znakomitej atmosferze i był świetnie zaplanowany. Fajnie, że mogliśmy pojeździć różnymi samochodami, w różnych warunkach i na kilku rodzajach opon. Co ważne nie były to kilku minutowe przejazdy, tylko zrobiliśmy całkiem pokaźną ilość kilometrów. Dodatkowo cała czesko-fińska ekipa spisała się świetnie i była niezwykle pomocna we wszystkich sprawach podczas testów. Mam nadzieję, że niedługo spotkamy się ponownie! Thank you! Děkuji! Kiitos!
PS: po wizycie na północy Finlandii wcale się nie dziwie, że Skandynawowie to najlepsi kierowcy rajdowi na świecie. Nawet w lapońskim mieście warunki drogowe są na tyle ciężkie, że ludzie jadący rano po bułki muszą pokonywać rajdowe OSy…
Zdjęcia:
Nokian Tyres
WarsawCars





























