Pierwsza generacja Audi A7 pojawiła się na rynku w 2010 roku. Była to odpowiedź na będącego w sprzedaży już od 2004 roku protoplastę „czterodrzwiowych coupe” klasy premium, czyli Mercedesa CLS. Ta decyzja wyszła zdecydowanie Audi na dobre i wzbogaciła paletę samochodów tego producenta (mój test wersji Competition poprzedniego A7 tutaj a RS7 Performance tutaj).
Przed napisaniem artykułu zajrzałem do wyników sprzedaży na carsalesbase.com i co ciekawe, poprzednie A7 nie było aż tak popularne, jakby wskazywał to szybki rzut oka na warszawskie ulice. Jeśli chodzi o sprzedaż w Europie w latach 2011-2016 tylko dwa razy ten model wyprzedził CLSa pod względem liczby sprzedanych egzemplarzy. Na ulicach mam wrażenie jakby proporcję były odwrotne – A7 widać bardzo często (także w wersjach S i RS), natomiast CLSy to rzadka sprawa. Tak czy inaczej, najwyraźniej sprzedaż była dla producenta z Inglostadt zupełnie satysfakcjonująca, bo na rynek kilka miesięcy temu wjechało nowe Audi A7. 
Z zewnątrz.
Kiedy zobaczyłem nowe A7 pierwszy raz na zdjęciach miałem wrażenie, że wygląda bardziej jak lifting niż pełnoprawna nowa generacja. Na żywo jednak nie ma wątpliwości, że zmieniło się bardzo dużo. Uwagę zwracają zwłaszcza tylne światła ciągnące się przez całą długość klapy bagażnika. Zostały wykonane w technologii LED i potrafią wykonywać różne “akrobacje” – bardzo efektowne, ale to gadżet z serii parkowania samochodu smartphonem – pokażesz 3 razy znajomym i zapomnisz, że masz. Jak to wygląda w praktyce możecie zobaczyć u mnie na Instagram’ie:
Jednocześnie Audi zrezygnowało z rozciągającego się nad całą tylną szybą efektownego trzeciego światła stopu, które występowało w poprzedniej generacji A7 – teraz jest ono bardziej tradycyjne. Uwagę zwracają też udawane wydechy. Audi weszło w ten trend już jakiś czas temu i nie jestem jego fanem.
Nie można zapomnieć o wysuwanym spoilerze, który dumnie pręży się nad tylną klapą. Spoiler wysuwa się automatycznie przy wyższych prędkościach albo możemy otworzyć go ręcznie naciskając odpowiedni przycisk na ekranie. Wygląda całkiem fajnie i nie jest nachalny, choć szczerze powiem, że ten w poprzednim A7 jakoś miał więcej smaczku.
Z przodu A7 55 TFSI nabrało muskuł – wersja S Line ma teraz wloty powietrza i przetłoczenia niczym poprzednie RS7. W oczy rzucają się również ciekawe LEDowe przednie reflektory i czujniki / radary umieszczone bezpośrednio w przednim grillu na wysokości znaczka z czterema pierścieniami. Wygląda to bardzo dobrze i podkreśla agresywny charakter A7’mki. 
Wewnątrz.
W środku Audi A7 wita nas powitalna muzyczka (niczym przy odpalaniu Windowsa) i trzy duże ekrany LCD – liczników, systemu multimedialnego oraz klimatyzacji (które potrzebują chwili aby zacząć reagować na komendy – też niczym Windows). Jednak jak już wszystko się odpali system jest wygodny w użyciu, wirtualne przyciski dobrze rozplanowane i nie można narzekać na szybkość działania czy intuicyjność.
Ekrany reagują zwrotnie na dotyk, co pozwala nam się upewnić, że np. trafiliśmy w przycisk, zupełnie jakbyśmy używali normalnego kokpitu. Pytaliście w wiadomościach na Instagramie, czy wyklikiwanie wszystkiego na wirtualnych ekranach nie sprawia problemu. Otóż kompletnie nie. Po kilku minutach przyzwyczaiłem się do obsługi i zapomniałem, że „przyciski”, które naciskam są pracą grafików, a nie rzemieślników w fabryce.
Poczucie obcowania z produktem high-tech potęguje również system wirtualnych kamer, który np. podczas parkowania lub powolnego toczenia się jest w stanie wyświetlić nasz samochód nie tylko w tradycyjnej formie “z lotu ptaka”, ale też w wersji 3D. Samochód możemy obracać na ekranie w czasie rzeczywistym i zmieniać kąty kamer. Wygląda to trochę jak gra komputerowa. Trzeba się do tego przyzwyczaić, ale sam pomysł jest bardzo fajny, a wykonanie i płynność z jaką funkcjonuje system kamer robi genialne wrażenie.
Wrażenia niestety nie zrobił na mnie system audio. Testowane przeze mnie Audi A7 55 TFSI było wyposażone w zestaw głośników “premium” B&O i niestety nadają się one głównie do słuchania radia. Nawet po długim grzebaniu w ustawieniach bas był pudełkowy, a sam dźwięk płaski. Ok, w niektórych piosenkach bass dobrze zgrał się z możliwościami nagłośnienia i efekt był całkiem sensowny, ale gdybym nie wiedział, że ten zestaw głośników kosztuje 6430 zł to pomyślałbym, że mam na pokładzie podstawowe nagłośnienie. Jeśli chcecie wskoczyć na wyższy poziom muzyczny to musicie sięgnąć znacznie do kieszeni. Zestaw B&O “Advanced” kosztuje 36 030 zł i myślę, że on zapewni odpowiednie wrażenia dźwiękowe. 
Mam też lekkie zastrzeżenia co do wykonania kokpitu po stronie pasażera – dekor z napisem “quattro” jest trochę zbyt plastikowy, a same nawiewy też w porównaniu do Mercedesa CLS wyglądają trochę tanio. Dodatkowo przy dotykaniu konsoli pojawiają się różnego rodzaju skrzypnięcia – co w Audi, które testowałem dotychczas się nie zdarzało… no może poza nowym A8, ale to prawie taka sama koncepcja wnętrza co A7, więc nie ma się co dziwić. 
Pod maską.
Ale koniec narzekań bo przechodzimy do silnika – oznaczenie 55 TFSI z tyłu oznacza, że pod maską znajduje się nowe 3 litrowe V6 wyposażone w mały układ hybrydowy 48V, który wspomaga silnik i pozwala na ograniczenie spalania. Funkcja żeglowania włącza się podczas spokojniejszej jazdy np. autostradą – wyłącza się silnik spalinowy, a na czas do 40 sekund kontrolę przejmuje “elektryk”. 340 koni i napęd Quattro pozwala na rozpędzenie A7mki do setki w czasie 5.3 sekundy.
Silnik jest cichy, ale kiedy trzeba zrywny i doskonale pasuje do charakteru Audi. W jeździe miejskiej Audi A7 55 TFSI spala ponad 14 litrów ale oczywiście musicie wziąć pod uwagę styl Waszej jazdy. Przy ostrym katowaniu wypije nawet 18-19 litrów, natomiast jeśli wybierzecie się na chilloutowy przejazd autostradą to spalanie Audi A7 55 TFSI spada do ok. 8-9 litrów – widać, że układ “mild hybrid” naprawdę coś daje. Niestety obecnie silnik 55 TFSI nie jest dostępny do zamówienia (normy WLTP itd). Wróci pewnie niedługo, ale do tego czasu jedyna opcja gdybyście chcieli kupić A7 to 50 TDI – też całkiem mocne (286 KM) i szybkie (5.7 sek do setki) ale ciesze się, że akurat mogłem sprawdzić wersję benzynową. 
Testowane Audi A7 A7 55 TFSI oprócz Quattro było wyposażone także w system skrętnej tylnej osi, który doskonale sprawdza się zarówno podczas manewrów na parkingu jak i zacieśniania zakrętów na krętych drogach. Samochód “składa się” jakby był znacznie mniejszy niż w rzeczywistości i po kilku dniach jazdy trudno jest przesiąść się do takiego, który nie jest w ten system wyposażony. Za to duże propsy. 
To jak?
Bazowo Audi A7 55 TFSI startowało od 329 tysięcy (obecnie tak jak pisałem jest niedostępne), diesel 50 TDI kosztuje natomiast 323,900 zł. Niestety poza podstawowymi LEDami niewiele dostaniemy za taką kwotę. Najlepsze światła HD Matrix LED ze wspomaganiem laserem kosztują 14 800 zł, tapicerka skórzana 5870 zł (standardem jest materiałowa), nawigacja MMI Plus do której dostaniemy w pakiecie też wirtualny kokpit to 18540 zł, kamery 360 stopni to z kolei 6430 zł itd itp. Z bazowej kwoty szybko więc robi się co najmniej 400 tys. Porównywalny Mecedes CLS 450 jest jeszcze droższy i kosztuje minimum 355 500 zł, ale rekordy bije nieco przykurzone już BMW 640i Gran Coupe xDrive, które ma na metce cenę 420 400 zł. Tanio nie jest. Ale jak widać, coupe musi swoje kosztować.
Niedawno jeździłem głównym konkuretem Audi A7 55 TFSI, czyli nowym Mercedesem CLS 450 (najmocniejszym CLS’em nie licząc linii AMG) i trudno mi zadecydować który z nich jest lepszy. Mercedes bardziej podobał mi się w środku zarówno jeśli chodzi o wygląd jak i wykonanie czy jakość materiałów, jednak z drugiej strony mimo, że był szybszy od Audi to nie dawał takiej frajdy z jazdy jak nowe A7. Z zewnątrz natomiast jest chyba remis – mi się te samochody podobają, ale wiem, że dla innych z kolei oba są kontrowersyjne. Tak więc decyzję musicie podjąć sami… a ocenić Audi A7 możecie poniżej :). 











