Rok 2025 to czas, w którym każdy szanujący się producent samochodów próbuje nas przekonać, że jego najnowszy elektryczny wóz ma „duszę”. Trochę tak jakby baterie pod podłogą były nowym wcieleniem starożytnej magii. Alpine, marka, która przez lata balansowała na granicy zapomnienia, postanowiła wrócić do świadomości motoryzacyjnej. Najpierw rzuciła na rynek świetny model A110 w różnych wersjach (testy możecie przeczytać tutaj, tutaj i tutaj), a teraz ustawia swój pierwszy pionek na planszy wśród samochodów elektrycznych. Alpine A290 GTS, które zgarnąłem do testu dzięki uprzejmości Alpine Pietrzak. To elektryczny hothatch, który ma sprawić, że zapomnimy o spalinowych, strzelających z wydechu gokartach i przejdziemy na stronę cichego świstania silnika elektrycznego. Sprawdzę czy taka koncepcja faktycznie ma tą hothatchową „duszę”. Zapraszam na test Alpine A290 w wersji GTS.

alpine, alpine a290 gts, alpine a290, test, warsawcars

Ale zanim zacznę pisać o A290 pomyślałem sobie, że to dość paradoksalne, że firma, która przez dekady kojarzyła się z lekkimi, tylnonapędowymi sportowymi samochodami, teraz stawia na przedni napęd i baterie ważące połowę klasyczne Alpine A110 z lat 60. Czasy się zmieniają, a my chyba musimy się przyzwyczaić do świata, w którym „sportowość” mierzy się nie tylko w koniach mechanicznych, ale też w kilowatogodzinach.

 

Look.

Już po pierwszych zdjęciach prasowych można było dostrzec, że Alpine A290 to doskonale prezentujący się hatchback, który bez wątpienia będzie zwracał uwagę na ulicy. I rzeczywiście tak jest. Alpine A290 GTS wygląda świetnie i trudno przejść obok niego obojętnie. Nawet osoby nie interesujące się motoryzacją chętnie zerkają w jego stronę. Może zastanawiają się co to za marka, bo jednak Alpine w Polsce jest dość niszowe ale raczej obstawiam, że po prostu podziwiają urok tego samochodu. Fajnie, że Alpine jako swój pierwszy samochód elektryczny wybrało hothatcha, a nie kolejnego anonimowego pseudosuva z plastikowym emblematem „sport”.

 

Przednia część nadwozia to mieszanka agresji i zadziorności. Poza zwykłymi reflektorami pojawiły się dwa dodatkowe. Zostały osadzone niemal na masce, są dość charakterystyczne i nawiązują bezpośrednio do rajdów. LEDy zostały ułożone w kształt litery „X” – znak rozpoznawczy Alpine, który ma przypominać o sportowym dziedzictwie marki i oklejaniu szklanych lamp taśma podczas rajdów właśnie w kształcie litery „X”. Grill, choć w samochodzie elektrycznym to głównie element dekoracyjny, został zaprojektowany tak, by podkreślić szerokość pojazdu. Swoim wzorem w płatki śniegu nawiązuje do stylizacji felg. Wloty powietrza w bocznych strefach zderzaku nie są tylko dla ozdoby – faktycznie rzucają strugę powietrza na koła i chłodzą hamulce.

Z profilu A290 GTS prezentuje się zaskakująco proporcjonalnie. Krótkie zwisy, szerokie dokładki progów, wysoko osadzona linia okien i wyraziste nadkola nadają mu sportowy charakter. Świetne są przetłoczenia, które nawiązują nieco do modelu Renault 5 Turbo. Tylna część to prawdziwy pokaz designerskiej odwagi – światła LED tworzą charakterystyczny, pionowy wzór, a dyfuzor z dodatkami w kolorze czarnym sugeruje, że ten samochód ma coś więcej do zaoferowania niż tylko cichą jazdę po mieście.

alpine, alpine a290 gts, alpine a290, test, warsawcars

Podobają mi się też różne designerskie smaczki. Flaga Francji ukryta w reflektorach. Niebieska linia ciągnąca się nad linią okien. Logo koguta w lampach i na przedniej szybie. Emblematy Alpine w różnych miejscach. Jedyny minus to rezygnacja z wskaźnika naładowania baterii schowanego w Renault 5 w okienku na górze maski. W A290 znajduje się tam po prostu duży znaczek Alpine. Szkoda, bo w Renault 5 robi to świetny klimat i myślę, że z fajnym podświetleniem np. litery A można byłoby to lepiej ograć również w A290.

Mój egzemplarz był pomalowany w kolorze Nival White z kontrastującym czarnym dachem. Takie malowanie kosztuje 3900 PLN i wygląda świetnie. W sumie to każdy lakier jaki jest dostępny w palecie A290 jest genialny. Na przykład Tornado Matt Grey musi wyglądać fantastycznie i mam nadzieję, że na naszych drogach pojawią się również egzemplarze w tym kolorze. Samochód został osadzony na 19″ calowych felgach Snowflake (+1300 PLN), które nawet nazwą pasują do białego koloru nadwozia i alpejskiego rodowodu Alpine.

Wnętrze jest zaskakująco dobrze wykończone (przynajmniej w testowanej odmianie GTS) i wygląda bardzo przyjemnie. Alpine A290 wprowadza nas w świat, gdzie tradycyjne Alpine’owskie sportowe akcenty spotykają się z najnowszymi technologiami. Kokpit jest zorientowany na kierowcę (ekrany i przyciski są lekko skierowane w kierującego), co w erze gigantycznych tabletów zamiast deski rozdzielczej zasługuje na pochwałę. Centralny ekran jest rozsądnych rozmiarów 10,1 cala – wystarczająco duży, by obsłużyć wszystkie funkcje, ale nie na tyle ogromny, by zdominować całe wnętrze. System multimedialny bazuje na znanym już rozwiązaniu z grupy Renault, ale inżynierowie Alpine dodali do niego własne grafiki, opcje (np. wyzwania), telemetrię i animacje, które dodają charakteru całości.

Fotele w wersji GTS są wygodne, obite skórą nappa w kolorze Deep blue z przeszyciami i logo Alpine. Nie są to rasowe kubełki jakie znamy z A110 ale zapewniają przyzwoite trzymanie boczne i jednocześnie nie powinny wymęczyć kierowcy nawet przy dłuższych podróżach. Pozycja za kierownicą jest niska i sportowa, dokładnie taka, jakiej oczekujemy od hothatcha.

Ciekawostką jest system nagłośnienia. Pierwszy raz w samochodzie miałem audio firmy Devialet, czyli francuskiego producent high-endowego sprzętu audio, który zadebiutował na rynku w 2007 roku. Dla Alpine A290 stworzyli system, który zamienia wnętrze A290 w naprawdę niezłą dyskotekę. Na pokładzie tego małego samochodu upchnięto 9 głośników i skrzynię basową. Całość ma moc 615W.

Swoją droga trzeba przyznać, że francuskie tablice rejestracyjne na Alpine robią mega klimat.

Engine.

220 koni i 300 Nm maksymalnego momentu obrotowego rzucanego na przednie koła to suche dane techniczne, które brzmią nieźle choć w czasach, gdy elektryczne SUV-y mają po 500 KM nie są imponujące, ale… no właśnie pamiętajmy o wadze. Alpine A290 GTS waży raptem 1479 kg, co jak na dzisiejsze standardy jest całkiem rozsądne szczególnie jeśli mówimy o aucie elektrycznym. Dla porównania elektryczna, dziadkowa Corsa waży ponad 1500 kg, a nieco większa Cupra Born szalone 1900 kg.

Przyśpieszenie do setki wynosi 6,4 sekundy czyli tyle ile w większych, topowych, spalinowych hothatch’ach sprzed kilku lat, więc pod tym względem Alpine A290 GTS wypada naprawdę dobrze. Prędkość maksymalna została ograniczona do 170 km/h, czyli nieco więcej niż w standardowych, małych samochodach elektrycznych.

alpine, alpine a290 gts, alpine a290, test, warsawcars

Jednak liczby to tylko liczby. Ważniejsze jest to w jaki sposób samochód oddaje moc i jakie wrażenia pozostawia. Silnik elektryczny oznacza pełny moment obrotowy dostępny od pierwszych chwil, co przekłada się na bardzo żywą reakcję na gaz. Nie jest to brutalny kopniak w plecy, ale da się odczuć radosne przyśpieszenie, które popycha A290 do przodu.

Akumulator o pojemności 52 kWh to rozsądny kompromis między wagą a zasięgiem. Alpine deklaruje zasięg na około 380 km w cyklu WLTP, co w odpowiednich warunkach jest realne. W codziennym użytkowaniu będziecie mogli bez najmniejszego problemu (i bez ecodrivingu) zrobić około 320-340 km. To może nie jest optymalne na długie podróże autostradą (wtedy zasięg drastycznie spadnie), ale dla samochodu, który ma być przede wszystkim narzędziem do jazdy po mieście i weekendowej zabawy na krętych drogach, wspomniane 340km wydaje się wystarczające.

Jedyny minus to dość wolne ładowanie baterii jak na 2025 rok. W Alpine A290 GTS baterie można ładować z maksymalną prędkością do 100 KW. Mogłoby być nieco szybciej i wtedy fajniej latałoby się w trasy tym małym hothatchem.

alpine, alpine a290 gts, alpine a290, test, warsawcars

Jazda.

To co wyróżnia Alpine A290 GTS na tle Konkurentów to genialne prowadzenie. A290 świetnie trzyma się drogi i jest wyśmienite w ciasnych zakrętach. To właśnie na krętych eskach A290 GTS pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Sterowanie jest precyzyjne i responsywne, a to dodatkowo angażuje kierowcę.

Zawieszenie zostało dostrojone przez inżynierów Alpine i znacznie różni się od tego, co znajdziemy w cywilnym Renault 5. Przednie kolumny zostały wzmocnione, a tylne zawieszenie wielowahaczowe zoptymalizowane pod kątem maksymalnej precyzji. Samochód jest wyraźnie sztywniejszy od swojego bliźniaka z Renault, co oznacza lepsze właściwości jezdne, ale też nieco gorszy komfort.

Układ kierowniczy zasługuje na szczególne pochwały. W czasach, gdy większość samochodów ma kierownice, które reaguje lekko jak joysticki do gier wideo, Alpine stworzył system, który faktycznie komunikuje się z kierowcą. Czuć opór, można wyczuć moment utraty przyczepności kół, a reakcje na ruchy kierownicą są natychmiastowe. Tylko trochę szkoda, że moc nie jest przekazywana na cztery koła albo na tylną oś (jak np. w małym BMW i3S). Wtedy zabawa byłaby jeszcze lepsza, choć i tak za kierownicą Alpine A290 bawiłem się wyśmienicie.

Na pokładzie jest oczywiście cała masa trybów jazdy, które pozwalają na dostosowanie charakteru samochodu do sytuacji. Tryb „Normal” to idealny program do jazdy codziennej, które pomaga maksymalizować zasięg. „Sport” wyostrzą wszystkie systemy. „Perso” pozwala na wprowadzenie własnych ustawień, a „Save” ma za zadanie oszczędzanie baterii. Tak, dobrze widzicie, w Alpine A290 nie ma trybu „Eco” co samo w sobie podkreśla profil tego samochodu.

Hamowanie silnikiem – rekuperacje – można regulować w czterech stopniach za pomocą fajnego pokrętła na kierownicy. Jest to mega wygodne bo w zależności od sytuacji można przestawić rekuperacje w  tryb praktycznie niezauważalny – żeglowanie (świetne do jazdy w trasie) do bardzo agresywnego „one-pedal driving”, który odzyskuje dużo energii przy częstym hamowaniu (idealne do miasta). Lubię jak samochody elektryczne mają opcję ustawiania rekuperacji bo dzięki temu można naprawdę sensownie balansować i zwiększać zasięg samochodu.

Fajnym gadżetem jest również czerwona łopatka / przycisk z prawej strony kierownicy z napisem OV (Overtake). Po jej wciśnięciu uzyskujemy pełną moc samochodu na 15 sekund niezależnie od trybu jazdy w jakim jesteśmy (nie działa tylko w trybie oszczędzania baterii „Save”).

Używanie Alpine A290 GTS na co dzień to mała lekcja kompromisów. Z jednej strony mamy samochód, który potrafi sprawić gigantyczną radość podczas każdej wycieczki – nawet przejazd do sklepu może stać się mini-przygodą. Z drugiej strony, sportowe nastawienie może oznaczać pewne poświęcenia dla osób nielubiących twardych samochodów. Dla mnie komfort jazdy jest zadowalający (Mini Cooper S jest dużo sztywniejszy), ale nie oszukujmy się – to nie jest miękkie, pływające Renault 5.

Z małych niedogodności trzeba też pamiętać o bagażniku. Na papierze ma 326 litrów ale jest wąski i głęboki, czyli mało ustawny. Dodatkowo z przodu pod maską nie ma frunka, więc wszystkie kable trzeba wozić z tyłu co zajmuje sporo miejsca i ogranicza przestrzeń.

Alpine A290 GTS vs Renault 5

Renault 5 E-Tech to samochód dla każdego. Jego retro design nawiązuje do kultowego modelu z lat 70, oferując nostalgiczną podróż w przyszłość. Wnętrze jest jaśniejsze, bardziej przestronne i komfortowe (ma np. uchwyty na kubki, czego w A290 nie znajdziecie). Samochód jest wygodny i mega przyjemny.

Alpine A290 GTS mimo, że zostało zbudowane na Renault 5 to zupełnie inne auto. Bardziej sportowe, twardsze, dynamiczne, zorientowane na prowadzenie. Inżynierowie Alpine stworzyli inną charakterystykę pracy silnika, dodali większą moc, zaktualizowali system hamowania i elektroniki sterującej momentem obrotowym. To nie jest tylko kosmetyczne przerobienie Renault – to faktycznie zmieniony samochód, który ma inne priorytety i grupę docelową.

alpine, alpine a290 gts, alpine a290, test, warsawcars

Główne różnice to:

Moc i osiągi: Renault 5 E-Tech dostępne jest z silnikami 120 i 150 KM, podczas gdy Alpine oferuje 180 albo 220 KM. To przekłada się na znacząco lepsze osiągi – 0-100 km/h w topowych odmianach to przepaść. Alpine przebija setkę w 6,4 sekundy a Renault w 8,1 sekundy.

Zawieszenie: Hamulce też są inne, z czego przednie zaciski są większe i wydajniejsze w Alpine. Cały układ jezdny został dostrojony pod kątem sportowej jazdy.

Wnętrze: Alpine oferuje bardziej sportowe fotele, ciemniejszą kolorystykę i dodatki podkreślające sportowy charakter. Dodatkowo bardziej sportowa grafika i dużo więcej opcji w multimediach. Renault stawia na jasne, przyjazne wnętrze z większą liczbą praktycznych rozwiązań.

Cena: Alpine A290 kosztuje więcej i to znacznie. Podstawowa odmiana GT to koszt od 168 300 PLN, a bazowe Renault 5 to wydatek od 120 900 PLN. Za topowe odmiany trzeba odpowiednio zapłacić od 194 400 za Alpine A290 GTS i od 157 900 PLN za Renault 5 Roland-Garros.

Pełny test Renault 5 możecie przeczytać tutaj.

To jak?

Alpine A290 GTS to dowód na to, że hothatch może mieć przyszłość w elektrycznej erze. To samochód, który nie udaje, że nie jest elektryczny, ale też nie rezygnuje z tego, co najlepsze w tradycyjnych hothatchach.
Czy ma duszę? W pewnym sensie tak, ale nie taką samą co w spalinowym Renault 5 Turbo, Clio Sport czy Peugeot 205 GTI. A290 GTS ma charakter, osobowość i – co najważniejsze – potrafi sprawić radość z jazdy.

Jedynym problemem Alpine A290 GTS nie jest to, że jest elektryczny (choć część ludzi będzie marudzić, że byłoby to świetne auto gdyby miało silnik na benzynę), ale to, że kosztuje znacznie więcej niż jego bliźniak z Renault. Czy dodatkowe 70 koni jest warte dopłaty 50 000 PLN? Dla wielu osób ukłon w stronę sportu może nie być dość przekonujący żeby wybrać właśnie Alpine.

Alpine A290 GTS może być strzałem w dziesiątkę. To udowodni czas i reakcja rynku. Jedno jest pewne – inżynierowie Alpine pokazali, że potrafią zrobić ciekawe auto, które odchodzi zupełnie od filozofii A110. Teraz pozostaje tylko czekać na A390, które na papierze brzmi tak samo dobrze jak A290.

Galeria x test Alpine A290 GTS

 

Alpine A290 GTS
świetny designduża moc niska wagawygodne foteleniezłej jakości materiałydobre audioświetne prowadzenie
dość wysoka cena vs Renault 5napęd na przódwolne ładowanie jak na 2025 roknieustawny bagażnikbrak wskaźnika naładowania w okienku na masce
80%Wynik ogólny
#carspotting_fame72%
#silnik78%
#skrzynia_biegów78%
#prowadzenie84%
#fun82%
#wygląd88%
Ocena czytelników 7 Głosów
69%